ona

A jak bratem, a jak katem...

A jak bratem, a jak katem...

4 lipca 1946 roku wzburzony tłum mieszkańców Kielc zamordował 42 żydowskich sąsiadów.Przypominamy zorganizowaną przez "Charaktery" dyskusję wybitnych naukowców na temat przyczyn antysemityzmu w powojennej Polsce.
Zamordowana Regina Fisz ze swym dzieckiem na posadzce szpitala. Fot. Julia Pirotte/ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego
4 lipca 1946 roku tłum kielczan zamordował 39 Żydów, mieszkających w domu przy ul. Planty 7 w Kielcach (niektóre źródła mówią o 42 ofiarach). Zginęli mężczyźni, kobiety, dzieci. Bezpośrednią przyczyną zbrodni była plotka, jakoby Żydzi porwali 9-letniego wówczas Henryka Błaszczyka, żeby dokonać na nim rytualnego mordu, a jego krew wykorzystać do przygotowania macy. Dlaczego jednak taka niedorzeczna wieść pchnęła przedstawicieli narodu okrutnie doświadczonego przez wojnę do zamordowania kilkudziesięciu przedstawicieli innego narodu, doświadczonego jeszcze bardziej okrutnie, bo skazanego na zagładę?

Bogdan Białek:
Druga wojna światowa okrutnie doświadczyła i Żydów i Polaków. Oba narody były ofiarami nazistowskiego okrucieństwa – Żydzi poddawani masowej, planowej eksterminacji, Polacy zamieniani w plemię niewolników. Jak to więc możliwe, że rok po wojnie jej ofiary wystąpiły przeciwko sobie? Polacy dokonali bratobójczej zbrodni na 40 Żydach! Jak to możliwe, że wielki oszalały tłum przez cały dzień zabijał nie tylko Żydów, ale też Polaków, których posądzał o pomoc Żydom? Przejmująca jest historia pani Proszowskiej. To Żydówka, którą tłum uznał za Polkę pomagającą Żydom i zamordował, krzycząc: „Jak ty, kurwo, możesz pomagać Żydom!”. A więc: jak to było możliwe?

Andrzej Żbikowski:
– Nie wiem. Nie wiem, jak w ogóle były możliwe te wszystkie pogromy. Natomiast chciałbym wprowadzić pewne rozróżnienie. W Kielcach mamy do czynienia z dwoma wydarzeniami. Pierwsze to atak tłumu na dom przy ul. Planty 7 i wszystko, co się tam później działo. Drugie, szersze, polegało na wyłapywaniu wszystkich Żydów, którzy mieszkali w Kielcach bądź akurat w tym dniu byli w tym mieście, czyli tak naprawdę była to czystka etniczna. Wiemy o co najmniej kilkunastu ofiarach, zabitych w mieście i w pociągach jadących do Kielc bądź z Kielc. W późniejszym procesie część oskarżonych odpowiadała właśnie za mordy dokonane poza Plantami.

Mirosław Kofta: – Gotowość do wzięcia udziału w działaniach takich jak pogrom nie może się pojawić bez istnienia rozpowszechnionych i podzielanych przekonań antysemickich, głównie takich, że Żydzi to złowroga, obca siła, która chce przejąć polskie mienie, polskie pieniądze, zniszczyć polską tożsamość. Pamiętajmy, że przed wojną mieliśmy w Polsce poważny obóz polityczny, który nie krył się z tego rodzaju koncepcjami i intensywnie je propagował – wystarczy sięgnąć choćby do pism Romana Dmowskiego. W tej propagandzie uczestniczyła też część polskiego Kościoła, o czym świadczą np. publikacje choćby w „Rycerzu Niepokalanej”. Moim zdaniem są jeszcze cztery czynniki, które mogły przyczynić się do pogromu w Kielcach. Pierwszy, który spełnił rolę spustu, to pogłoska o mordowaniu przez Żydów polskich dzieci dla celów rytualnych. Wywodzi się ona z bardzo starej, potocznej wiedzy, pochodzącej nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak przekazywanej, ale jednak przez część społeczeństwa akceptowanej i uważanej za co najmniej prawdopodobną. Agresja czy mordowanie byłyby więc dla tej części rodzajem usprawiedliwionego odwetu, przejęciem wymiaru sprawiedliwości w swoje ręce. I taki mechanizm prawdopodobnie zadziałał w Kielcach. Drugi czynnik to udział w pogromie przedstawicieli władzy jako jego współinicjatorów. W dostępnych opisach widać bardzo aktywną rolę milicji i wojska w rozpowszechnianiu plotek i w działaniach w samym domu żydowskim. Trzeci czynnik to działanie w warunkach anonimowości i wysokiego poziomu pobudzenia emocjonalnego. W takich okolicznościach ludzie na jakiś czas zapominają o tym, co jest dla nich moralnie i etycznie ważne, natomiast działają w warunkach ograniczonej indywidualnej tożsamości, czyli dezindywiduacji. I wreszcie czwarty czynnik, czyli dehumanizacja. Wydaje mi się, że niełatwo ludzi skłonić do pogromu, dopóki traktują ewentualne ofiary jako pełnoprawne ludzkie istoty. Co w Kielcach sprzyjało dehumanizacji? Na pewno obcość kulturowa. Pamiętajmy też, że pierwszy atak nastąpił na Żydów ze Wschodu, a więc nie na sąsiadów czy znajomych, ale na obcych, którzy być może nie zasługują na to, żeby traktować ich jak ludzi. Warto też zwrócić uwagę, jak pozbawione empatii były relacje świadków. Wydaje mi się, że to także może wskazywać na proces dehumanizowania ofiar.

Barbara Weigl: – Trzeba powiedzieć o jeszcze jednym czynniku. W Kielcach nie było nikogo, kto mógłby zahamować agresję tłumu. Gdy w 1991 roku w Mławie doszło do ataków na rodziny Romów, to przyjechał Jacek Kuroń i zaczął gasić agresywne nastroje. Taką rolę mogli spełnić w Kielcach duchowni, ale jej nie podjęli.

Bogdan Białek: – Tam pojawił się ksiądz Zelek z Kurii Biskupiej, ale otaczający teren milicjanci i żołnierze nie przepuścili go. Nie wiadomo więc, czy zdołałby powstrzymać tłum.
Sławomir Kapralski: – Moim zdaniem pogrom w Kielcach był możliwy właśnie po wojnie i po doświadczeniu Holokaustu, zresztą bardzo specyficznym wśród społeczeństwa polskiego. Brutalizacja życia, zanik wartości życia ludzkiego, okrucieństwa, na które napatrzono się w czasie okupacji, sprawiały, że po wojnie łatwiej było przekroczyć pewne bariery. Wojna sprawiła, że przedwojenny stan rzeczy, w którym Żydzi byli wykluczeni ze wspólnoty, uległ w jej trakcie wzmocnieniu, ponieważ okazało się, że z Żydami można zrobić praktycznie wszystko. Polacy byli tego świadkami i zapadło im to w umysły. Wojna spowodowała też zanik hierarchii, porządku i ładu świata. Umożliwiła wejście chaosu w porządek społeczny. Ten porządek trzeba było przywrócić, a zazwyczaj odbywa się to poprzez ofiarę. Składa się ją z kozła ofiarnego, którym może być pojedynczy człowiek, grupa, społeczność, czy nawet cały naród. Antropologia opisuje, kto i dlaczego może stać się kozłem ofiarnym i Żydzi spełniali te kryteria. Pod koniec lat 80. przez cztery lata objeżdżałem wioski Polski południowo-wschodniej. To była moja część badań nad wizerunkiem Żyda w kulturze polskiej, prowadzonych przez Jonathana Webbera. Wstrząsającym przeżyciem było dla mnie odkrycie niesamowitego i zupełnie mi nieznanego świata powojennych prześladowań Żydów. Dowiadywałem się, że: „Jak tu po wojnie wracały te Żydki, to się ich pogoniło, pobiło, a czasami zabiło”. Słyszałem dokładne opisy, jak kosami zrzucano z dachów wagonów Żydów wracających ze Wschodu. Słyszałem o grupach lokalnych mieszkańców, którzy z bronią poszukiwali Żydów w lasach i ziemiankach. To była wielka fala nienawiści. Chciałbym jeszcze wrócić do owego specyficznego doświadczenia zagłady. Polacy „widzieli, ale nie widzieli” – patrząc, nie mieli świadomości tego, co widzą. To jest taki dość specyficzny mechanizm: „Niby wiem, ale nie potrafię tego postrzec”. W ich świadomości Holokaust nie zaistniał jako jakieś specyficzne wydarzenie. On się zdarzył, został zarejestrowany, ale nie było słów, żeby o nim mówić.

Michał Bilewicz: – Holokaust nie istniał w świadomości zbiorowej Polaków, ale na pewno istniał w ich zbiorowej nieświadomości. Świadczy o tym choćby sprawa mienia pożydowskiego, o której jeszcze nie mówiliśmy. Ono było u bardzo wielu ludzi, którzy jednocześnie uważali, że kradzież jest czymś złym. Byli w sytuacji silnego dysonansu poznawczego i żeby sobie z nim poradzić, zaczęli nienawidzić Żydów, szczególnie wtedy, gdy ci zaczęli wracać i poszukiwać swoich rzeczy. To może być kolejny kontekst, który pozwoliłby nam choćby częściowo zrozumieć, co się wydarzyło w Kielcach. Następny czynnik to chaos, który psychologia nazywa „poczuciem utraty kontroli”. I w Kielcach i w Jedwabnem sytuacja była do pewnego stopnia podobna – nie wiadomo, kto rządzi, nie wiadomo, komu będzie się podlegać. W Jedwabnem Rosjan już prawie nie było, a Niemców jeszcze nie było, w Kielcach nowa władza dopiero się instalowała. Nie było ugruntowanego ładu społecznego, który dawałby poczucie kontroli. Amerykański psycholog Peter Glick pokazuje, że w takiej sytuacji społeczność często wyodrębnia z siebie grupę, którą uważa za lepiej zorganizowaną, lepiej radzącą sobie niż pozostałe – grupa ta, koncentrując zawiść, staje się kozłem ofiarnym. W Polsce powojennej za taką grupę uważano Żydów komunistów, choć Krystyna Kersten pokazuje, że było to fałszywe przekonanie. Myślę, że to kolejna rzecz, która mogła zadziałać w Kielcach. W pogromie kieleckim najbardziej zaskakujące jest to, że jego ofiarami byli też sami Polacy, posądzani o żydowskie pochodzenie lub o pomoc Żydom. W ich przypadku zadziałał zapewne efekt czarnej owcy, który polega na tym, że w pewnych okolicznościach grupa kieruje nienawiść na swoich członków w jakiś sposób innych od ogółu. Ta nienawiść najsilniejsza jest wtedy, gdy traci się kontrolę, gdy wszystko jest niejasne. Ten mechanizm mógł też zadziałać w przypadku tych wszystkich Polaków, którzy w czasie wojny ratowali Żydów, a po niej padli ofiarą swoich rodaków. Generalnie można powiedzieć, że psychologia zaczyna rozumieć te procesy, ale jeszcze daleko jej do pełnego ich wyjaśnienia.
Andrzej Żbikowski: – Przyznam, że mnie nieco przeraża taki nadmiar teorii przy dosyć wyraźnej dla każdego historyka słabości źródłowej. Tyle wiemy o tych wydarzeniach, ile zostało zapisane w protokołach, spisanych przez niewiele rozumiejących grafomanów. A jeśli nawet mamy do czynienia z relacjami uczestników, to są one też w pewien sposób skażone, bo pochodzą albo od sprawców, albo od niedoszłych ofiar. Relacje uratowanych Żydów są niezwykle dramatyczne, ale pokazują niezrozumienie istoty tego wydarzenia, gdyż są skoncentrowane na postawach sąsiadów, czyli tych, na których pomoc można było liczyć. Z tym samym zresztą mamy do czynienia w przypadku zeznań żydowskich dotyczących Holokaustu. Druga sprawa to doświadczenie Holokaustu przez polskich świadków, które wydaje mi się jednak większe i głębsze niż państwo sugerujecie. Ono nie mogło być przemyślane, ale na pewno było bardzo głębokie. Przecież na oczach Polaków dochodziło do zbiorowych morderstw Żydów w czasie deportacji, likwidacji gett i wywózek do obozów koncentracyjnych. Co gorsza, jakaś część Polaków w tym uczestniczyła. W przypadku Kielc mamy do czynienia z jeszcze jedną ważną dla historyka sprawą, a mianowicie nie wiemy do końca, czy nie była to prowokacja. Osobiście jej tu nie dostrzegam, podobnie jak w Jedwabnem i całym szeregu pogromów na kresach północno-wschodnich. Widzę natomiast, że władze starały się wykorzystywać pogromy dla jakichś własnych celów. Z grubsza biorąc, potrafiły przewidzieć, że może dojść do tego rodzaju wydarzeń. Gdy już do nich dochodziło, reagowały różnie. W Kielcach ani dowódcy milicji i wojska, ani doradca rosyjski nie ośmielili się podjąć decyzji, bez przerwy konsultowali się ze zwierzchnikami. Ciągnęło się to w nieskończoność, a bezkarny tłum mordował Żydów.

Bogdan Białek: – W świetle zakończonego w zeszłym roku śledztwa prokuratorów IPN-u nie ma absolutnie żadnych dowodów na celowe działania władzy zmierzające do wywołania pogromu. Są natomiast ewidentne dowody zaniechania, wstrzymywania się przed działaniem.

Andrzej Żbikowski:
– Historycy niemieccy wprowadzili pojęcie „kumulującej się radykalizacji” dla wyjaśnienia mechanizmów, które doprowadziły do podjęcia decyzji o ostatecznym rozwiązaniu, czyli wymordowaniu wszystkich Żydów europejskich. Uznali, że nie był to z góry zaplanowany scenariusz, tylko reakcja hitlerowskiej władzy na pewne społeczne wydarzenia, działania, które zaczęły przybierać kształt zorganizowanego procesu. Ich rosnąca radykalizacja spowodowała, że hitlerowcy zaczęli się zastanawiać, jak je wykorzystać do własnych celów. No i zaplanowali całkowite pozbycie się wszystkich Żydów ze swojej przestrzeni. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji można powiedzieć, że mieszkańcy Kielc – na wzór Niemców – dokonali u siebie ostatecznego rozwiązania problemu żydowskiego. Pamiętajmy jednak, że dotyczyło to jedynie pewnej części społeczeństwa kieleckiego – nie więcej niż jednej czwartej.

Mirosław Kofta: Gdy słucham tego wszystkiego, o czym państwo mówią, utwierdzam się w przekonaniu, że z psychologicznego punktu widzenia niezbędnym warunkiem uruchomienia takich zachowań, jak w przypadku pogromu w Kielcach, jest głęboka i skrajna dehumanizacja.

Barbara Weigl:– Tylko kiedy do dehumanizacji doszło: jeszcze przed pogromem, czy też już w jego trakcie?

Mirosław Kofta: – Nie wiem. Chodzi mi raczej o to, żeby zrozumieć jej istotę. Szczególnie ważne wydaje mi się to, że w procesie dehumanizacji jej sprawcy nadal kierują się pewnymi normami i zasadami postępowania, które szanują, ale ich stosowanie ograniczają wyłącznie do własnej grupy narodowej, natomiast innych przestają traktować jak ludzi. W efekcie dehumanizacja prowadzi do tego, że nawet najstraszliwszą zbrodnię można popełnić bez poczucia winy i łatwo ją zracjonalizować. Ten mechanizm wydaje mi się kluczowy dla zrozumienia bardzo wielu ludzkich zachowań, nie tylko tych podczas pogromu kieleckiego.

Bogdan Białek: – Profesor Władysław Bartoszewski uważa jednak, że w czasie wojny wewnątrzplemienna solidarność Polaków wcale nie była monolitem. Powołuje się na donosy do gestapo, opublikowane zresztą ostatnio w książce „Szanowny panie gistapo”. Weźmy pod uwagę również to, że zarówno podczas pogromu w Kielcach, jak i podczas wcześniejszych zamieszek antyżydowskich zabijano także Polaków, którzy Żydom pomagali. Poza tym bez wątpienia dehumanizacja Żydów była też efektem polityki niemieckich władz okupacyjnych. Maria Kann przytacza w swojej książce wstrząsający dialog, w którym córka pyta matkę: „Mamo, zabili Żyda czy człowieka?”. Pan Kapralski mówił o przywracaniu sprawiedliwości. Tadeusz Borowski napisał, że sprawiedliwość nie polega tylko na wymierzeniu kary – polega także, a może przede wszystkim, na tym, że ten, który popełnił niesprawiedliwość, powinien także niesprawiedliwie cierpieć. Dopiero wtedy następuje pełne przywrócenie sprawiedliwości. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz. Po wojnie nienawiść była skierowana przede wszystkim przeciwko Żydom. Owszem, na terenach wschodnich zdarzały się akty agresji wobec tzw. „ruskich” albo „kacapów”. Polegały one jednak raczej na okazywaniu pogardy czy wyzwiskach niż na przemocy fizycznej. Przemoc fizyczna zdarzała się wobec Niemców na Śląsku i na Ziemiach Odzyskanych, ale nigdy nie przybierała takich rozmiarów jak wobec Żydów. Nie dochodziło też do masowych ataków na Cyganów, których przecież w czasie wojny Niemcy zdehumanizowali niemal w takim samym stopniu, co Żydów.

Andrzej Żbikowski:
– Dla mnie ciągle niejasna jest jeszcze jedna cecha pogromów, mianowicie bardzo wyraźny ich związek z rabunkami i niszczeniem mienia Żydów. Dlaczego sprawcom nie wystarczyło samo zagarnięcie mienia? Dlaczego je tak zapamiętale niszczyli? Może to też jest jakiś wymiar sprawiedliwości – odbieranie i niszczenie?

Sławomir Kapralski: – Być może związane to jest ze stereotypem Żydów jako ludzi zamożnych. Wynikał on pewnie z podziału pracy, obowiązującego od wieków na ziemiach polskich – chłop pracował na roli i bardzo rzadko miał w ręce gotówkę, natomiast Żyd handlował i miał z nią do czynienia znacznie częściej niż chłop. Dlatego chłop zawsze uważał Żyda za bogatszego od siebie, choćby ten był w rzeczywistości biedny jak mysz kościelna. Być może więc rabunek był po prostu jednym z motywów pogromów lub też późniejszą próbą racjonalizacji tego, co się działo w ich trakcie.

Andrzej Żbikowski: – Warto też przypomnieć, że aż do późnych lat 40. powszechne było rozkopywanie cmentarzy żydowskich, właśnie w celach rabunkowych. Zapewne i tutaj ważną rolę odgrywała dehumanizacja, która pozwalała dokonywać świętokradztwa.

Mirosław Kofta: – Kiedy dokonujemy porównań między Żydami a innymi narodami, które mogły być potencjalnymi ofiarami kolektywnej agresji, trzeb koniecznie zwrócić uwagę na fakt, że sposób poznawczego konstruowania Żydów jest istotnie różny od poznawczego konstruowania innych mniejszości. To jest cecha antysemityzmu w wielu krajach, a nie tylko w Polsce. Antysemici postrzegają Żydów jako grupę o niewiarygodnych wręcz możliwościach, przypisują im dążenie do opanowania całego świata, tajemnicze zdolności do podstępnego, kolektywnego działania i do osiągania sukcesu kosztem innych. Charakteryzując mentalność antysemitów, sławny francuski psycholog Serge Moscovici pisał o poczuciu stawania się niewolnikami we własnym kraju, w którym niewielka grupa zdobywa dominującą pozycję i zaczyna rządzić, wywłaszcza z materialnych dóbr, z władzy, z kultury, z tożsamości. Żydzi stają się najbardziej podstępnym, najtrudniejszym do zidentyfikowania wrogiem wewnętrznym. To, moim zdaniem, są powody takiej koncentracji agresji właśnie na nich.

Barbara Weigl: – Nasuwają mi się pewne skojarzenia z traktowaniem Romów w Polsce. To grupa, którą zajmuję się od lat. Nawiasem mówiąc, obawiam się, że to właśnie oni mogą stać się potencjalnymi ofiarami współczesnych Polaków, choć równocześnie mam nadzieję, że tak się nie stanie. Tym, co łączy stereotypy Cyganów i Żydów jest powszechne przekonanie o zdobytym nieuczciwie przez obie te grupy bogactwie. Romowie jednak nigdy nie byli postrzegani jako ludzie mający władzę, aczkolwiek po antycygańskich zamieszkach w Mławie, spowodowanych śmiertelnym wypadkiem samochodowym, którego sprawcą był młody Cygan, większość polskich mieszkańców tego miasta była przekonana, że Cyganie przekupili albo przekupią policję, miejscową władzę, prokuraturę i nie poniosą żadnych konsekwencji. Kolejna rzecz – moim zdaniem niezmiernie ważna – która w powszechnym odczuciu łączy obie te mniejszości jest taka, że i jedni i drudzy są uważani za zagrożenie dla polskich dzieci. Wciąż przecież pokutuje przekonanie, że Żydzi porywają je po to, żeby ich krew wykorzystać do pieczenia macy. Nie ma też chyba polskiego dziecka, które nie byłoby straszone: „Nie odchodź, bo porwą cię Cyganie!”. Te dwie mniejszości, choć tak odmienne, są w Polsce w równym stopniu demonizowane.

Sławomir Kapralski: – Może dzieje się tak dlatego, że nasz stosunek do tych mniejszości dotyczy spraw wręcz ostatecznych? Historia o porywaniu dzieci jest w gruncie rzeczy mitologiczną opowieścią, u podstaw której leży strach przed utratą tożsamości rozumianej jako ciągłość w czasie, jako przekazywanie tradycji z pokolenia na pokolenie, jako posiadanie przyszłych pokoleń. Pan Żbikowski mówił o rabowaniu cmentarzy żydowskich. W czasie moich peregrynacji, w latach 80., zauważyłem, że dla Polaków cmentarze żydowskie nie są cmentarzami. Dopóki tak o nich mówiłem, miałem duże problemy, żeby się dowiedzieć, gdzie one są. Ludzie po prostu mnie nie rozumieli. Kłopoty znikały, gdy zaczynałem stosować miejscowe określenia, np. kirkut czy okopisko. Dla tych ludzi to nie były cmentarze, to były miejsca z innego porządku. Dotykamy tu znowu sprawy ostatecznej, sprawy śmierci, sprawy tego, co będzie „po”, i tego, kto w dniu Sądu Ostatecznego będzie w lepszej pozycji. W czasie moich podróży przekonałem się, że Polacy z terenów wiejskich byli absolutnie przekonani, że Żydzi byli chowani w pozycji siedzącej po to, żeby mogli szybciej wstać, kiedy będzie Sąd Ostateczny. Podobnie interpretowano to, dlaczego na terenach górskich cmentarze żydowskie były na wzgórzach – stamtąd było przecież bliżej do nieba. Tymczasem to były tereny, których po prostu nikt nie chciał. Z drugiej strony, mam jednak i takie wypowiedzi: „Moja matka mówiła, że nie wiadomo, czyja wiara lepsza, w związku z tym w święta żydowskie w moim domu żadnych prac się nie wykonywało”. Moim zdaniem te słowa to także dowód na istnienie konkurencji o charakterze eschatologicznym. I tu znowu wracamy do religii i do mitu, czyli do kwestii Żydów-bogobójców, którzy w odróżnieniu od prawosławnych, protestantów, niewierzących, czy areligijnych Cyganów są – chcąc nie chcąc – w istotnej opozycji wobec nas, katolików. Odrzucili bowiem to, co my przyjęliśmy, a więc podważają sens naszych ostatecznych wyborów eschatologicznych, ontologicznych.

Andrzej Żbikowski: – To bardzo ciekawe, ale trudno sobie wyobrazić, że we wczesnym etapie pogromu w głowie któregokolwiek z tych morderców coś takiego zagościło – jeśli w ogóle coś zagościło.

Mirosław Kofta: – Coś na pewno było, skoro tak łatwo dali się nakłonić do mordowania. Tylko co w tych głowach było? To jest ta trudność, przed którą stoimy.

Bogdan Białek:Myślę, że mit o porywaniu chrześcijańskich dzieci i wykorzystywaniu ich krwi do rytualnych obrzędów jest swoistym ciągłym uaktualnianiem bogobójstwa. Było to oczywiste już w XVI wieku, kiedy to papieże, którzy przecież nie bardzo lubili Żydów, wydawali edykty zabraniające procesów o mordy rytualne. A jednak takie procesy jeszcze długo się odbywały, a przekonanie o rytualnym zabijaniu chrześcijańskich dzieci przetrwało do naszych czasów. Znam pewnego wykształconego księdza, który nie tak dawno mi powiedział, żebym nie mieszał się w „sprawy żydowskie”, bo Żydzi przecież przetaczali krew chrześcijańskich dzieci.

Barbara Weigl:
– W Kielcach dziecko się jednak znalazło, a pogrom mimo to trwał...

Mirosław Kofta: – To prawda, ale z opisu wydarzeń wynika, że choć rano kielczanie mówili o zaginięciu jednego dziecka, to mniej więcej po dwóch godzinach byli przekonani, że Żydzi porwali i zamordowali jedenaścioro dzieci. W pewnym momencie fakty po prostu przestały się liczyć.

Michał Bilewicz: – Gdy Bożena Szaynok analizowała pogrom w Kielcach, zwracała uwagę na pierwsze pytanie, jakie temu dziecku zadano: „Kto cię porwał – Cyganie czy Żydzi?”. Takie sformułowanie pytania było właśnie efektem podzielanego społecznie przekonania, że Żydzi porywają dzieci. Chciałbym wrócić do tego, co pan Kapralski mówił o żydowskich cmentarzach. Żydzi także nie przypisywali polskim cmentarzom takiej samej wagi, jak swoim. W języku jidysz
o cmentarzu żydowskim mówi się „beys-oylem” lub „beys-khayim”, zaś o każdym innym „tsvinter”. Te słowa mają różne znaczenia: pierwsze dwa są poetyckie i metaforyczne – „dom świata” i „dom życia”, natomiast ostatnie brzmi bardzo przyziemnie, jest twardo brzmiącym zapożyczeniem ukraińskiego określenia cmentarza. Te słowa wskazują, że Polacy i Żydzi przez wieki żyli obok siebie, w osobnych światach i nawzajem negatywnie wartościowali swoje religie. Byli jednak ludzie, którzy granice tych światów przekraczali. Na przykład Stanisław Ramotowski, który w czasie pogromu w Radziłowie uratował żydowską rodzinę Finkelsteinów, a przed wojną chodził na żydowskie uroczystości religijne, uczestniczył w żydowskich ślubach. Tacy ludzie, którzy nie postrzegali religii żydowskiej jako obcej, jako mistycznie odległej, w czasie wojny zachowywali się bardzo dzielnie. To było coś, co w psychologii nazwalibyśmy „udanym kontaktem międzygrupowym”. To niezwykle ważne, żeby dostrzec, że inna kultura jest po prostu inna, a nie gorsza czy lepsza.
Andrzej Żbikowski: – Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Przez dwa powojenne lata Żydzi byli znacznie bardziej obecni w życiu społecznym Polski niż przed wojną. Na przykład niemal nie wychodzili z sądów, w których próbowali dochodzić przede wszystkim swoich praw majątkowych i spadkowych. Na przykład w białostockim sądzie grodzkim ponad 70 proc. postępowań w tym czasie dotyczyło spraw żydowskich. Poza tym Żydzi zakładali sklepy, w których coś bez przerwy sprzedawali, skupowali; handlowali też dolarami. Ta aktywność Żydów pewnie też przyczyniła się do umocnienia społecznego przeświadczenia, że oni szykują coś złego.

Bogdan Białek: – Wstępowali też do UB. W Kielcach przy Plantach mieszkali funkcjonariusze...

Sławomir Kapralski:
– Kiedyś zastanawiałem się nad tym problemem od strony teorii postrzegania społecznego. To w zasadzie nieistotne, ilu Żydów wstąpiło do milicji czy do UB. Problem polega na tym, że jacyś wstąpili i nagle zaczęli występować z pozycji władzy. To dla wielu Polaków mógł być wręcz szok, zwłaszcza, gdy wcześniej nigdy nie widzieli Żydów tak wysoko usytuowanych w hierarchii społecznej. Ci Polacy nie mieli wypracowanych sposobów porozumiewania się z Żydami, którzy są im społecznie co najmniej równi.

Bogdan Białek: – Chyba jednak nie jest to aż takie oczywiste. W Kielcach osadnictwo żydowskie datuje się w zasadzie dopiero od roku 1860. Ci Żydzi, którzy zamieszkali w Kielcach, pochodzili przede wszystkim z małych miasteczek Kielecczyzny, np. Chmielnika czy Chęcin. W związku z tym w większości byli to Żydzi ortodoksyjni, tworzący odrębną kastę. Jednak w okresie dwudziestolecia międzywojennego wykształciła się już grupa Żydów zasymilowanych, funkcjonujących bardzo znacząco w lokalnej społeczności, np. ojciec generała Pelca, legendarnego dowódcy armii izraelskiej, był bardzo szanowanym kieleckim lekarzem. Były bardzo udane polsko-żydowskie przedsięwzięcia gospodarcze. Mało tego, przed wojną nie dochodziło w Kielcach do żadnych istotnych incydentów antyżydowskich. Natomiast w czasie wojny powstało w mieście olbrzymie getto, do którego Niemcy przywieźli dodatkowo około dwóch tysięcy Żydów z Wiednia. I nagle, w sierpniu 1942 roku, cała ta społeczność – dwadzieścia parę tysięcy osób, czyli około połowa mieszkańców miasta – zniknęła.

Andrzej Żbikowski: – Nie tyle zniknęła, co była stopniowo mordowana. Likwidacją kieleckiego getta zajmował się niedawno Jacek Młynarczyk. Z jego ustaleń wynika, że mnóstwo Żydów zginęło już w czasie samych przygotowań do wywózki. Część Niemcy zabili na miejscu, część uciekła, ale została złapana i wymordowana w okolicach miasta. Niemcy dokonali około 90 procent tych zbrodni, ale niestety Polacy też im w tym pomagali. Świadczą o tym choćby tzw. sprawy z dekretu sierpniowego przeciw Polakom, którzy wydawali czy mordowali Żydów w Kielcach i okolicach. Obecność zagłady była więc w Kielcach naprawdę wyraźna. Ale chyba co do jednego jesteśmy zgodni – że kielczanie chcieli się Żydów po prostu pozbyć. Nie tylko zresztą oni, bo wcześniej podobne rzeczy działy się np. w Krakowie czy Rzeszowie. Na wschodzie Polski, np. na Białostocczyźnie, ludność polska też wyraźnie chciała się pozbyć Żydów, choć nie ośmielała się dokonywać pogromów, ponieważ tam władza była już na tyle skuteczna, że potrafiła zapobiegać tego rodzaju wydarzeniom.

Mirosław Kofta: – Z tego, co pan mówi, wynika, że po wojnie stosunek mieszkańców Kielc do Żydów uległ jakiejś głębokiej zmianie w porównaniu do tego, który był przed wojną, a nawet w czasie niej. Co zatem się zmieniło i dlaczego?

Andrzej Żbikowski: – Przede wszystkim wojna pokazała, że z Żydami można zrobić właściwie wszystko, co się chce. Dla części Polaków przestali być dopustem bożym, z którym trzeba się pogodzić, bo i tak nic nie można zrobić. Okazało się, że można, i to szybko i skutecznie. Poza tym, co by nie mówić, Polacy na Holokauście skorzystali w wymiarze ekonomicznym. Zajęli bowiem miejsca Żydów rzemieślników, Żydów sklepikarzy, Żydów urzędników. Uzyskali dodatkową przestrzeń miejską, gospodarczą, wytwórczą. To była ta przysłowiowa marchewka, którą Niemcy dali Polakom. Zresztą nie tylko im, dali ją także Węgrom, Słowakom.

Barbara Weigl: – W psychologicznej analizie pogromów moją uwagę zwraca jeszcze jedna prawidłowość. Często rozpoczynają je rodziny. Stają się centrum dowodzenia, od którego zaczyna się poszukiwanie wroga, a potem atak na niego. W Kielcach zniknęło dziecko i pierwsze działania odwetowe podjęli jego bliscy: ojciec, jego brat, szwagier ojca. Później bez trudu pozyskiwali wspólników. Myślę, że w mechanizmie pogromów aktywizuje się jakaś podstawowa, pierwotna kategoryzacja, aktywizuje się poczucie zagrożenia bezpieczeństwa własnego i swoich najbliższych.

Bogdan Białek: – Chcę jeszcze raz wrócić do pytania pana profesora Kofty o to, co się wydarzyło w czasie wojny? Czy Polacy, jako naród, w wystarczającym stopniu poradzili sobie z doświadczeniem drugiej wojny światowej? Pamiętam dobrze wojenne opowiadania rodziny, znajomych i mam wrażenie, że ci ludzie wyszli z wojny potwornie ogołoceni. Marek Edelman ma rację, kiedy mówi, że Holokaust położył się cieniem na całej ludzkości, bez względu na to, czy ktoś o nim wiedział, czy nie.

Sławomir Kapralski:
– Na pewno nie można nie docenić roli utraty w czasie Holokaustu kompasu moralnego i wejścia chaosu w przestrzeń struktury społecznej. Warto jednak pamiętać, że pogromy zdarzały się także w takich sielskich Anatewkach, w których ludzie faktycznie żyli na co dzień ze sobą w zgodzie, pożyczali sobie narzędzia i maszyny, byli powiązani całym szeregiem funkcjonalnych zależności. To były z reguły społeczności, w których może za Żydami specjalnie się nie przepadało, ale nie było wobec nich agresji. I nagle ona wybuchała. Łatwo to sobie wyobrazić. Oto mieszkańcy na przykład wychodzą z kościoła po nabożeństwie drogi krzyżowej i widzą na ulicy Żyda, którego znają z imienia i nazwiska. W ich głowach dokuje się jednak taki „gestalt switch” i wtedy w tym Żydzie nie widzą już swojego znajomego, ale tego, który ukrzyżował Jezusa. Zaczynają go szturchać, ciągnąć za brodę, bić, potem atakować innych Żydów, stają się coraz okrutniejsi. Przez kilka dni znęcają się nad Żydami, po czym wszystko ucicha i ci ludzie jak gdyby nigdy nic wracają do rzeczywistości przedpogromowej. Ba, są nawet bardzo zdziwieni, gdy żydowscy sąsiedzi mają do nich jakieś pretensje. To właśnie jest istotą pogromu jako kategorii socjologicznej.

Barbara Weigl: – I tak doszliśmy do problemu pamięci i świadomości: co się z nimi dzieje po takim zdarzeniu?

Andrzej Żbikowski: – To rzeczywiście ciekawe. Załóżmy, że w czasie pogromu było na Plantach dwa tysiące ludzi. Jeśli dołożymy ich rodziny, to w całych Kielcach zapewne około dziesięciu tysięcy ludzi było jakoś dotkniętych tym wydarzeniem. A mimo to nagle nastąpiła zupełna cisza, jakby cała ta masa ludzi dokonała zbiorowego wyparcia pogromu ze świadomości i z pamięci.

Bogdan Białek: – Myślę, że tej ciszy sprzyjała też polityka władz. Pogrom nie zaowocował bowiem żadną akcją edukacyjną ze strony państwa. Dopiero po 1956 roku, kiedy doszło w Wałbrzychu do sytuacji przedpogromowej i kiedy ruszyła druga fala emigracji Żydów z Polski, coś zaczęło się dziać w tym względzie. Z drugiej strony ciekawe jest to, jak sami mieszkańcy Kielc zracjonalizowali sobie dokonaną zbrodnię. Kiedyś na własny użytek przeanalizowałem ewolucję uzasadnień, dlaczego doszło do pogromu. Pierwsza wersja głosiła, że była to prowokacja komunistyczna, między innymi za to, że rok wcześniej oddział Szarego dokonał udanego odbicia więźniów z ubeckiego więzienia przy ulicy Zamkowej. Komuniści chcieli w ten sposób ukarać niepokorne miasto. Potem jednak pojawiła się refleksja, że komuniści to przecież też Polacy, nie mogli więc dokonać tak haniebnego czynu, więc na pewno sprokurowali go sami Żydzi po to, żeby sprowokować falę emigracji do Izraela. W dodatku wzięli jeszcze odwet na Kielcach, bo przecież według lokalnej legendy w czasie pogrzebu ofiar rabin Kahane rzucił klątwę na miasto i dlatego przez wiele lat tak kiepsko się rozwijało. Wreszcie doszło do wyparcia tego wydarzenia ze zbiorowej pamięci kielczan. Do Kielc sprowadziłem się pod koniec lat 70. i w czasie rozmowy z moim kolegą dziennikarzem ze zdumieniem usłyszałem od niego coś takiego: „Pogrom? Jaki pogrom? Były jakieś zamieszki, ale pogrom?”. Pierwsze publiczne upamiętnienie pogromu nastąpiło dopiero w 1981 roku, kiedy to z kolegami z „Solidarności” zorganizowaliśmy nabożeństwo w rocznicę tej zbrodni. Rozmowy z moimi znajomymi utwierdzają mnie w przekonaniu, że próby racjonalizacji czy nawet minimalizowania pogromu wciąż trwają.

Michał Bilewicz:
– Modele takiej sytuacji są zwykle bardzo proste. Jeżeli zrobiliśmy coś złego, to skłoniły nas do tego jakieś zewnętrzne okoliczności. W przypadku Kielc dobrym wskaźnikiem są publikacje Jerzego Roberta Nowaka, który dostarcza takich zewnętrznych wyjaśnień najwięcej. Najpierw oskarża komunistów, gdy jednak dochodzi do wniosku, że obwiniając ich, obwiniałby o zbrodnię Polaków, wprowadza niejakiego Diomina, wysokiego rangą oficera NKWD, który miał koordynować wszystkimi działaniami związanymi z pogromem. Potem, jak twierdzi Nowak, Diomin miał działać w Tel Awiwie. Ale dla mnie pytanie jest tutaj inne. Dlaczego w powszechnej świadomości fakt, że ktoś został sprowokowany do popełnienia jakiegoś strasznego czynu, ma umniejszać jego winę, oczyszczać go?
Mirosław Kofta: – Chciałbym powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy. Warto odróżnić niepamięć wsteczną stosunkowo niedużej społeczności, jak kielczanie, od niepamięci całego społeczeństwa. Z ogromnym trudem przychodzi Polakom dopuszczenie do świadomości i przyjęcie faktów takich jak Jedwabne, Kielce czy szmalcownictwo. Mam wrażenie, że w Polsce jeszcze nie osiągnęliśmy takiego poziomu publicznego dyskursu, na którym moglibyśmy oswoić się z trudną prawdą, że jakaś część Polaków również uczestniczyła w eksterminacji Żydów. Zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje. Część winy pewnie spada na system komunistyczny, który co prawda od czasu do czasu pozwalał historykom na robienie badań na te tematy, ale potem bardzo dbał, żeby ich ustalenia nie ujrzały światła dziennego. Ludzie żyli więc w nieświadomości, w przekonaniu, że nic strasznego się nie działo. To wyjaśnienie jednak nie tłumaczy, dlaczego również po 1989 roku takie fakty z trudem docierają do świadomości Polaków. Prawdopodobnie działają bardzo silne wewnętrzne zapory psychologiczne, być może związane z wyidealizowaną koncepcją Polaków jako ludzi z natury dobrych, nadzwyczajnych, szlachetnych, tolerancyjnych. Jest jeszcze drugi czynnik, który nazwałbym „kolektywną tożsamością publiczną” – nie chodzi tylko o to, co my sami o sobie myślimy, ale też o to, co myślą o nas inne narody. Mam wrażenie, że w tej dziedzinie jesteśmy wręcz nadwrażliwi i stąd biorą się nadmierne reakcje na krytyczne wypowiedzi w mediach zagranicznych. To bardzo nam utrudnia przyjęcie pewnych faktów, ale dopóki ich nie przyjmiemy, nie możemy zacząć racjonalnego dialogu i zrekonstruować obrazu własnej historii.

Michał Bilewicz: – Z rozmaitych badań wynika, że my, Polacy, postrzegamy samych siebie bardzo negatywnie, np. badania Mlickiego i Ellemers pokazały, że cechami, którymi polscy studenci najczęściej opisywali swoją grupę etniczną były: kłótliwość, bałaganiarstwo i pijaństwo. Co więcej, z góry zakładamy, że pod tym względem jesteśmy gorsi od innych. Dlatego staramy się jakoś to sobie zrekompensować – budujemy twierdzę tych lepszych moralnie, którzy nigdy nie zrobili niczego złego. Jesteśmy szczególnie wyczuleni na uwagi dotyczące naszej przeszłości i dlatego próbujemy np. zmieniać nazwy obozów koncentracyjnych, po to, by przypadkiem nikt omyłkowo nie skojarzył ich z nami. Robimy wszystko, żeby pokazać, że nasza przeszłość to historia chwały.

Sławomir Kapralski: – Do rozważań o pamięci dodałbym socjologiczny punkt widzenia. Są trzy szkoły interpretowania pamięci zbiorowej. Jedna mówi, że pamięć to jest to, co mamy w głowach. Druga odwołuje się do czegoś, co jest na zewnątrz. To są społeczne ramy pamięci Halbwachsa, czyli słowa, chronologie i miejsca upamiętniające. Po wojnie, z wyjątkiem pierwszych kilku lat, właściwie nie było działań zmierzających do upamiętnienia Holokaustu – nie budowano pomników, nie fundowano tablic pamiątkowych, nie wprowadzano dat do podręczników historii. Po prostu nie było ram dla zbiorowej pamięci o Holokauście, a to sprawiało, że łatwiej było wyprzeć „niewygodną” pamięć z głowy. Trzecia to szkoła interakcyjna. Twierdzi ona, że pamięć zbiorowa powstaje i utrzymuje się wtedy, kiedy grupy ludzi nawiązują ze sobą komunikację, rozmawiają na jakiś określony temat. Te rozmowy mogą też toczyć się w obrębie jednej grupy. Taki dyskurs o Holokauście w ramach grupy został wyciszony z powodów politycznych, a na zewnątrz był niemożliwy, bo w Polsce nie było Żydów, zaś stosunki międzynarodowe były bardzo ograniczone. Dopiero teraz, ostrożnie, zaczynamy taki dyskurs, na który w gruncie rzeczy nie jesteśmy przygotowani. Dlatego pewnie czasami reagujemy histerycznie. Dlatego może debata na temat stosunków polsko-żydowskich układa się tak, jakby każdy jej etap był testem, ile w tym momencie Polacy są w stanie wytrzymać rewelacji na swój temat, i zapowiadał kolejny, w którym dowiedzą się o sobie jeszcze więcej.

Bogdan Białek: – Co zatem możemy i powinniśmy robić?

Andrzej Żbikowski:
– Gdy z Ireneuszem Krzemińskim prowadziliśmy pierwsze badania nad antysemityzmem, to okazało się, że źródłami pamięci Polaków o Żydach są telewizja albo przekazy rodzinne, natomiast nie były nimi szkoła i Kościół, czyli instytucje powołane do tego, żeby nimi być. Dlatego należy usilnie się starać, aby to te instytucje i im podobne zaczęły przekazywać możliwie głębokie i rzetelne rozumienie spraw polsko-żydowskich. Niestety, obawiam się, że przy obecnym nastawieniu, przy ciągłym bronieniu naszej rzekomo zagrożonej tożsamości, znowu nie będzie miejsca na rzeczowy dyskurs, znowu będą dominować martyrologia i hagiografia narodowa. Krótko mówiąc: obawiam się, że nieprędko staniemy się normalnym narodem, który ma na swoim koncie i negatywy i pozytywy.

Sławomir Kapralski: – Ja także podzielam te obawy. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że zmierzamy w kierunku wyzwalania naszej pamięci z mitów i dochodzenia do jakichś przynajmniej cząstkowych, bolesnych prawd na nasz temat. Teraz jednak widzę, że następuje coraz większe upolitycznienie pamięci, coraz trudniej będzie coś osiągnąć. Poza tym dyskusja na temat pogromów jest z natury pesymistyczna, bowiem gdybyśmy nawet dogłębnie zrozumieli ich mechanizmy, powołali różne instytucje, które miałyby im zapobiegać, to i tak one mogą się zdarzyć zawsze i wszędzie. Oczywiście powinniśmy poznawać te mechanizmy, powoływać te instytucje i dyskutować na temat pogromów. Ja mam jednak ciągle duszę na ramieniu, że cokolwiek byśmy nie zrobili w tym względzie, to w pewnym momencie może okazać się to niewystarczające.

Mirosław Kofta: – Jestem jednak bardziej optymistyczny niż pan Kapralski. Uważam bowiem, że dzięki dobrze pomyślanym programom edukacyjnym możemy zrobić naprawdę wiele. Pierwsza kwestia, która wydaje mi się bardzo istotna: nasza pamięć kolektywna poradziła sobie z problemem Holokaustu w ten sposób, że temat żydowski całkowicie wyparował z podręczników, z wszelkich poważnych tekstów edukacyjnych. Chodziłem do szkoły w latach 50. i 60. i nie przypominam sobie, żeby w podręcznikach do historii wspominano, że w Polsce istniała jakaś grupa narodowa, która miała własną kulturę, miała wpływ na historię naszego kraju. Ten temat był kompletnie wymazany.

Sławomir Kapralski: – W 1969 roku byłem z wycieczką szkolną w Oświęcimiu i nie miałem pojęcia, że tam byli też Żydzi.

Mirosław Kofta: – To świadczy o tym, że kolektywna amnezja była wspierana polityką państwa. Trzeba więc po prostu mówić i pisać o tym, jak naprawdę wyglądała nasza historia. Wiemy z historii najnowszej, że pogromy powtarzają się w różnych częściach świata. Coraz więcej wiemy też o warunkach i czynnikach, które mogą do nich doprowadzić. Dlatego, moim zdaniem, dyskusja o pogromach nie powinna koncentrować się na pojedynczych wydarzeniach, ale ujmować je w szerszym kontekście wiedzy o negatywnych stosunkach międzygrupowych, o konfliktach międzygrupowych, sposobach ich rozwiązywania, źródłach kolektywnej agresji i destrukcji. Bardzo ważnym elementem powinno też być otwieranie się na bliskie kontakty z młodymi ludźmi z Izraela, robienie czegoś, żeby nie tylko maszerowali w Marszu Żywych, ale też żeby mieli kontakt z naszą młodzieżą, żeby mogli wymienić z nią poglądy. Wiem, że takie rzeczy się dzieją, ale chyba w zbyt małym jeszcze wymiarze.

Barbara Weigl: – W moim przekonaniu działania edukacyjne należy skoncentrować przede wszystkim na dzieciach i młodzieży. Ich prowadzenie to zadanie dla szkół i organizacji pozarządowych. Te działania muszą być możliwie różnorodne – literatura, filmy, projekty artystyczne i naukowe, programy lokalne, spotkania międzygrupowe, wymiana międzynarodowa. Dzięki nim młodzi ludzie powinni zdobywać wiedzę o innych grupach, poznawać je, nawiązywać kontakty, podejmować wspólne działania. Warto też uczyć kontroli nad emocjami i znajomości mechanizmów grupowych. I jeszcze jedno – trzeba jak najmocniej nasycić nasz kraj miejscami, grupami, osobami, organizacjami, które będą umiały powiedzieć „stop”, które będą przypominały o nieprzekraczalnych granicach zachowania, będą symbolicznym i realnym kordonem chroniącym przed agresją wobec innych narodów i szerzej – przed agresją wobec „innych”.

Mirosław Kofta: – Uważam, że wejście Polski do Unii Europejskiej – mimo wszystkich towarzyszących mu zawirowań politycznych – będzie sprzyjać przyjmowaniu przez nas szerszej perspektywy kulturowej. To pozwoli nam zrozumieć, że inne grupy są wobec nas równoprawne, są równie cenne jak my, że mają prawo do manifestowania swoich tożsamości i tego, co jest dla nich ważne. Niestety, wciąż jeszcze to, co nazywamy patriotyzmem, często jest mocno podszyte nacjonalizmem. Trzeba bardzo dokładnie te dwie rzeczy od siebie oddzielić. A to będzie bardzo trudne bez zrozumienia innych i otwarcia się na nich.

Michał Bilewicz: – Jednym słowem, trzeba najpierw polubić siebie, żeby lubić innych. Moim zdaniem wszystkie próby wyjaśniania tego rodzaju zdarzeń jak pogrom kielecki odbywają się w naszym kraju z pozycji sprawców. Także przeprosiny za nie politycy składają z tej perspektywy. A ja bym bardzo chciał, żeby od dzisiaj każdy polityk wiedział, że jest spadkobiercą żydowskich obywateli Rzeczpospolitej, którzy padli ofiarą swoich chrześcijańskich współmieszkańców, i żeby w związku z tym zawsze przyjmował perspektywę ofiary. To jest dla mnie najważniejsze i chciałbym, żeby taką edukację prowadzono w ramach Narodowego Instytutu Wychowania i programu „Patriotyzm jutra”.

***

Prof. Barbara Weigl, psycholog, pracownik naukowy Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Bada mechanizmy tworzenia się uprzedzeń etnicznych u polskich dzieci i polskiej młodzieży. Aktywnie działa na rzecz odrzucenia tych uprzedzeń, za co m.in. otrzymała wyróżnienie polonijnej Niezależnej Fundacji Popierania Kultury Polskiej POLCUL i medal Zasłużony dla Tolerancji, przyznawany przez Fundację Ekumeniczną „Tolerancja”.

Prof. Mirosław Kofta, psycholog, pracownik Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i SWPS. Interesuje się naturą antysemityzmu, zwłaszcza przeświadczeniami na temat szczególnych właściwości narodu żydowskiego. Poszukuje też związków pomiędzy przekonaniami na temat Żydów i na temat innych narodów oraz między stereotypami spiskowymi, które są podstawą postaw antysemickich, a myśleniem politycznym (np. reakcjami na wyniki wyborów).

Dr Sławomir Kapralski, socjolog, pracownik naukowy SWPS oraz Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się badaniami nad polskimi Romami i Żydami,
m.in. nad doświadczeniem zagłady przez te dwa narody. Problematyką żydowską zajmuje się od końca lat 80., kiedy to uczestniczył w programie Jonathana Webbera z Uniwersytetu w Oxfordzie na temat wizerunku Żyda w kulturze polskiej. Uczestniczy też w programach edukacyjnych, prowadzonych głównie przez Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie.

Andrzej Żbikowski, historyk, pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz Instytutu Pamięci Narodowej. Zajmuje się Holokaustem i pogromami (w ostatniej książce „U genezy Jedwabnego” wyliczył, że tylko w lipcu 1941 roku doszło do 67 różnego rozmiaru pogromów na dawnych kresach północno-wschodnich). Zajmuje się też stosunkami polsko-żydowskimi pod okupacją niemiecką. Niebawem ukaże się zredagowane przez niego opracowanie na ten temat.

Michał Bilewicz, socjolog, doktorant na Wydziale Psychologii UW i wiceprzewodniczący Forum Dialogu Między Narodami. Uczestniczył w porównawczych badaniach antysemityzmu w Polsce i na Ukrainie, prowadzonych w latach 2002-2003, pod kierunkiem prof. Ireneusza Krzemińskiego – analizował potoczne wyjaśnienia mordu w Jedwabnem. Interesuje go także problematyka kontaktów polsko-żydowskich i procesów dehumanizacji.
W 2005 roku, w New School of Social Research w Nowym Jorku, prowadził badania nad dehumanizacją ofiar.

Dyskusję prowadzi Bogdan Białek, redaktor naczelny miesięcznika „Charaktery”, prezes Stowarzyszenia im. Jana Karskiego w Kielcach, organizator corocznych obchodów rocznicy pogromu w Kielcach, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

Zdjęcia ilustrujące tekst zostały wykonane bezpośrednio po pogromie kieleckim. Pochodzą z archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego.
4526
ona

,, Grunt to twardo stąpać po ziemi, nie przestajac patrzeć w niebo. Zamiast ciągle na coś czekać zacznij żyć właśnie dziś . Jest o wiele później niż Ci się wydaje. "ks.Jan Kaczkowski

ona

Wielu z nas straciło nadzieję, wielu chłopców w moim wieku rzucało się na druty wysokiego napięcia. Kiedy błąkałem się, szukając kogokolwiek, z kim mógłbym podzielić się wspomnieniami, o. Kolbe mnie spotkał i rozmawiał ze mną. Był dla mnie jak anioł, ocierał zawsze moje łzy. Straciłem wiarę, a o. Kolbe mi ją przywrócił! Jestem Żydem od pokoleń, ponieważ jestem synem matki Żydówki, jestem wyznania mojżeszowego i jestem dumny z tego. On wiedział że jestem Żydem, lecz to nie stanowiło różnicy. Jego serce nie czyniło rozróżnienia między osobami i nie miało dla niego znaczenia to, czy są Żydami, katolikami lub jeszcze innych religii: on kochał wszystkich i dawał miłość, nic innego jak miłość (Wspomnienie o o.Kolbe)

Jeszcze jeden komentarz od ona
ona

Aby zając stanowisko w sprawie pogromu kieleckiego wystarczy codziennie zalogować się na glorię i poczytać o fali antysemityzmu jaka tutaj króluje. Pomijając nasze upośledzenie względem Żydów, naszą niechęć i agresję wielokrotnie niczym nie uzasadnioną to na czoło wysuwa się nasza polska mentalność, która jak nie ma do czynienia z prawdziwym wrogiem to musi na siłę sobie go stworzyć.
Ps. A jak to wygląda w praktyce? Poczekajmy na Stefana i Alusie, to obedzie się bez innych dowodów

ona

4 lipca 1946 roku wzburzony tłum mieszkańców Kielc zamordował 42 żydowskich sąsiadów. Bezpośrednią przyczyną zbrodni była plotka, jakoby Żydzi porwali 9-letniego wówczas Henryka Błaszczyka, żeby dokonać na nim rytualnego mordu, a jego krew wykorzystać do przygotowania macy. Dlaczego jednak taka niedorzeczna wieść pchnęła przedstawicieli narodu okrutnie doświadczonego przez wojnę do zamordowania kilkudziesięciu przedstawicieli innego narodu, doświadczonego jeszcze bardziej okrutnie, bo skazanego na zagładę? Przypominamy zorganizowaną przez "Charaktery" dyskusję wybitnych naukowców na temat przyczyn antysemityzmu w powojennej Polsce.